Pracujemy na ubóstwo!

Zmiany w systemie emerytalnym z ostatniej dekady XX wieku nie zostały dokończone. Obecne zaś pomysły rządzącej ekipy premiera Tuska i wicepremiera Rostowskiego oznaczają dalsze fundowanie ubezpieczonym głodowych świadczeń w zamian za zmniejszenie na papierze ogromnie narosłego w ostatnich latach długu publicznego – pisze Zbigniew Kuźmiuk w „Gazecie Polskiej”.

Reforma emerytur przeprowadzona przez rząd Buzka i Balcerowicza w 1998 r. nie budziła złych emocji, bo skutecznie załagodziły je reklamy telewizyjne, w których – „Bogdan mówił bankowy” (w tej roli niezwykle przekonujący był Cezary Pazura), a starsi eleganccy ludzie, odpoczywając pod palmami na tle błękitnego morza, zachęcali do oszczędzania w Otwartych Funduszach Emerytalnych, mocno sugerując, że właśnie odkładanie w OFE pozwoli na takie spędzanie czasu po przejściu na emeryturę.

Niestety, rządząca wtedy koalicja AWS i Unii Wolności po cichu przeforsowała jeszcze jedno rozwiązanie, które czyni z przyszłych emerytów nędzarzy. Chodzi o wprowadzenie do ubezpieczenia emerytalnego zasady zdefiniowanej składki (zamiast dotychczas obowiązującej zasady zdefiniowanego świadczenia), co oznacza, że przyszłe świadczenia emerytalne będą zależały wyłącznie od wartości składki zgromadzonej przez ubezpieczonego i średniego okresu jego życia po przejściu na emeryturę.

Nie tylko wydłużenie wieku emerytalnego

Problem emerytur znowu ożył po przeforsowaniu w 2012 r. przez koalicję PO–PSL znaczącego wydłużenia wieku emerytalnego. Jednak nowelizacja ustawy emerytalnej spowodowała nie tylko, jak się powszechnie sądzi, wydłużenie owego okresu o dwa lata dla mężczyzn i o siedem lat dla kobiet (dla kobiet pracujących w rolnictwie aż o 12 lat) i wprowadzenie skandalicznie niskich emerytur częściowych. Wpłynęła także znacząco na pogorszenie dostępu pracowników do systemu emerytalnego.

Otóż po tej nowelizacji z ubiegłego roku wielu osobom, które weszły na rynek pracy po 1989 r., grozi utrata prawa do gwarantowanych minimalnych emerytur, rent rodzinnych i wdowich. Do tej pory bowiem kobieta miała prawo do emerytury minimalnej, mając 14 lat składkowych i 6 nieskładkowych. Po zmianach, aby otrzymać emeryturę minimalną, musi mieć 30 lat stażu składkowego (jest to więc wydłużenie okresu składkowego aż o 16 lat). Z kolei mężczyzna miał prawo do emerytury minimalnej, mając 17 lat składkowych i 8 lat nieskładkowych. Po zmianach, aby ją uzyskać, musi wykazać się aż 35-letnim stażem składkowym.

W sytuacji, gdy już blisko 50 proc. osób jest zatrudnionych na tzw. umowach śmieciowych (od których w dużej części nie odprowadza się składek ubezpieczeniowych), przy równie powszechnym zatrudnianiu na czarno, można sobie wyobrazić, jak trudno będzie w przyszłości wykazać się 30- czy 35-letnim stażem składkowym.

Równie powszechna jest niewiedza Polaków dotycząca wysokości przyszłych emerytur. Po wydłużeniu wieku emerytalnego na stronie internetowej Ministerstwa Finansów umieszczono tzw. kalkulator emerytalny, który informuje na przykład, że kobieta, która przepracuje 26 lat i będzie zarabiała w całym tym okresie 2900 zł brutto, w wieku 63 lat uzyska świadczenie w kwocie około 1800 zł (a więc aż 85 proc. ostatniego wynagrodzenia netto), ale po wydłużeniu aktywności zawodowej do 67 lat jej emerytura wyniesie już prawie 2450 zł i będzie stanowiła aż 106 proc. obecnych zarobków netto.

Głodowe świadczenia

Niestety, te wyliczenia nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Otóż nowy system emerytalny uchwalony w 1998 r. (zdefiniowanej składki) doprowadził do tego, że średnia stopa zastąpienia (czyli relacja przyszłego świadczenia do ostatniego wynagrodzenia) uległa obniżeniu z obecnych około 60 proc. do 36 proc. i to brutto, a więc przed opodatkowaniem emerytury podatkiem dochodowym od osób fizycznych (około 29 proc. netto).

Nie ulega więc wątpliwości, że emerytura wypłacana „na rękę” w wysokości około 30 proc. ostatniego wynagrodzenia będzie świadczeniem wręcz głodowym. Ale, niestety, może być jeszcze gorzej, jeżeli nie zmienimy w sposób zasadniczy systemu emerytalnego w Polsce. Bowiem w wyniku gigantycznego długu publicznego, który już na koniec 2013 r. może sięgnąć astronomicznej kwoty 1000 mld zł, poczynając od 2016 r. wszyscy przechodzący na emerytury będą otrzymywali świadczenia nie wyższe niż 30 proc. ich ostatniego wynagrodzenia, a około 2020 r. rządzący wówczas będą zmuszeni do obniżenia do takiego poziomu wszystkich wypłacanych świadczeń emerytalnych. Przy tym poziomie dzietności (1,3 dziecka na kobietę – według ONZ 207. miejsce na świecie na 211 klasyfikowanych państw) i coraz mniej chętnie odprowadzanych składkach ubezpieczeniowych, około 2030 r. może się okazać, że naszego systemu emerytalnego nie stać na wypłacanie jakichkolwiek świadczeń emerytalnych.

OFE o przyszłych emeryturach

Skandal związany z wysokością przyszłych emerytur wypłacanych z OFE wybuchł wiosną tego roku, tuż po zaprezentowaniu przez Izbę Gospodarczą Towarzystw Emerytalnych (IGTE) koncepcji emerytur z OFE w postaci tzw. wypłat programowanych w miesięcznych ratach wypłacanych np. tylko przez 10 lat. Wprawdzie premier Tusk nazwał tę propozycję „intrygującą” (choć chyba nie dla przyszłych emerytów), ale już wicepremier i minister finansów jego rządu Jacek Rostowski określił ją jako „głęboko szokującą”. Także posłowie rządzącej koalicji wypowiedzieli się o tym pomyśle niezwykle krytycznie. Przewodniczący sejmowej Komisji Finansów Publicznych Dariusz Rosati z Platformy nazwał pomysł kontrowersyjnym i przypomniał, że fundamentalną zasadą w przypadku emerytur jest ich wypłata aż do śmierci ubezpieczonego, a nie tylko przez jakiś czas. Z kolei wiceprzewodniczący Komisji Finansów Publicznych Jan Łopata z PSL poszedł jeszcze dalej i stwierdził, że po takiej propozycji ze strony OFE trzeba „dokonać przeglądu funduszy pod kątem przydatności całego systemu”. …więcej

Leave A Response

* Denotes Required Field